|
Archiwum
Zakładki:
Czytamy:
|
środa, 19 września 2007
z powodu problemow z dodawaniem wpisow, oto zalegle:
spotkałyśmy naszego czytelnika, który zarzucił nam, że
porzuciłyśmy pisanie bloga i usunie nas z ulubionych. to było 2 tygodnie temu,
a my nadal milczymy, bo jesteśmy w ferworze przygotowań pożegnań i pakowań. już
za 2 dni czarny w Lizbonie, a biały za 10 w Romie! prasujemy rzeczy, pakujemy
walizki i rozmarzamy się, jak będzie cudownie. biała wyobraża sobie
najchętniej, jak zamieszka z portugalami i jak będzie z nimi rozmawiać cytując
fragmenty wyuczone na pamięć z 'sem fronteiras'. na początku zamieszka na
rzymskim bruku, ale na pierwsze 3 dni ma na szczęście hostel - superdrogi, ale
w cenie jest makaron, więc będzie codziennie wyczekiwać o 7 pod recepcją. naprawdę balansowaliśmy na granicy, jak powiedział pewien górski alkoholik, na granicy miłości. po powrocie kasia sprawdziła na wikipedii wszystko o kolarstwie górskim i okazało się, że uprawialiśmy 4 z 4 wymienionych typów: XC (cross country) to była podstawa, poza tym off-road (agresywny), DH (downhill) i 4X czyli zjeżdżanie we czwórkę z Klimczoka i alpejskiej łąki. a raz byliśmy tak agresywni, że nawet jedno z nas zjeżdżało na rowerze bez siodełka (to też podobno jest jakaś dyscyplina). przedtem byłyśmy jak intelektualiści na festiwalu filmowym i poznałyśmy pocahontas, który zamieszkał z nami w pokoju i zagubił się na scoopie, a my tak się śmiałyśmy, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy. i byłyśmy też na spływie. (aluzja filmowa: "nieodebrane Miike) czujemy zew przygody! a teraz idziemy załatwiać ostatnie orcze sprawy!
czwartek, 19 lipca 2007
potwORY w kurorcie
czyli ory są na wczasach. bawimy się tak wyśmienicie, że nawet nie wiemy, o czym pisać, bo dopiero się spostrzegłyśmy, że już drugi tydzień kolonii zbliża się do końca. do tej pory przede wszystkim plażujemy ta fotografia jest już dość mocno nieaktualna, bo przedstawia nasze nogi jeszcze bardzo mało opalone, z pierwszego turnusu, kiedy przyjechał do nas wojtek. jedliśmy razem wiśnie w spirytusie i wznosiliśmy nimi toasty i tak nam się to spodobało, że poszliśmy do absyntu i tańczyliśmy na stołach, z których wojtek próbował wszystkich zrzucić. oglądaliśmy też razem telewizję, zakochałam się w enrique, na którego koncert się wybieramy oczywiście, jeździliśmy na rowerze i rozważaliśmy nad sandaczem, jakie losy czekają komórki jajowe białej. i założyliśmy się o flądrę. która okazało się, że kosztuje zaledwie 4zł. poszliśmy odwiedzić wczesnośredniowieczne grodzisko, podziwialiśmy dziką przyrodę: i niebieskie drzewo: niewiele się da powiedzieć o tym, co tutaj robimy obecnie, poza tym, że robią nam się zakwasy w łydkach od siedzenia przed tv, bo mtv nas wciągnęło kompletnie - znamy już prawie wszystkie programy i nawet zgadujemy jakie przeboje będą na jakim miejscu listy. a do tego uczymy się, mimochodem ;), coraz większej ilości tekstów piosenek. szczególnie nam dobrze idzie z timbalandem i enrique, w którym się zakochałam i na którego koncert idziemy oczywiście, ale także z nowym akonem mamy ogromny problem zresztą z wakacjami, bo chciałybyśmy zrobić wiele rzeczy, ale jakoś nie da się wszystkiego pogodzić. bo na przykład występ akona będzie podczas naszej wielkiej wyprawy rowerowej, a isle of mtv będzie teraz, a jest szansa spotkania akona i enrique. czy może być lepiej? no i jeszcze gwiazda metal hammer też nas kręci. gotujemy dużo, codziennie robimy wielkie zakupy w albercie, codziennie pijemy przynajmniej butelkę wina, jeśli nie do obiadu, to chociaż przelewamy sobie do buteleczki i chodzimy z nią po kurorcie, żeby się za bardzo filmów grozy nie przestraszyć. a ostatnio upiłyśmy się o 15 i to już była przesada, bo ciężko nam się spacerowało i biała musiała iść na dworzec odebrać kolejnego kolonialistę leciutko wstawiona. na ten drugi turnus przyjechał do nas mateusz i znów wybraliśmy się na rybę (3 razy w jednym tygodniu, impresjonujący wynik), ale on wprowadził do tego innowację w postaci obleśnych owoców morza. jak obrzydliwe są, to widać na zdjęciu: zjadł na szczęście bardzo nieudane ciasto czekoladowe i poszliśmy na koncert NORBIEGO! i na grindhousa, który się okazał wielkim wielkim hitem. oglądałyśmy z nim też kilka programów na mtv, ale jakoś nienajlepszych, np ani razu nam się nie udało trafić na nic tak udanego, jak "zostań moim omarionem" ach, jeszcze warto wspomnieć, że zanim zostałyśmy murzynami, bo nie było jeszcze wspaniałej pogody to wybrałyśmy się na wycieczkę rowerową do kolejnego grodziska, ale niestety trafiłyśmy tylko do auchana obok obwodnicy. bilety są takie strasznie drogie, że na szczęście coś nas dopinguje, żeby poza godzinnym spacerem z psami, które jedzą patyki, a niedługo też pewnie zaczną jeść ziemię, mieć chociaż trochę ruchu i wsiadamy na rowery i jeździmy nimi na plażę. jesteśmy nieprzeciętnie wypoczęte, trochę chore, same nie wiemy od czego, i niezmiernie szczęśliwe, kiedy tak się obijamy, śpiewamy d-o-double g and i wanna put my dick on you i zastanawiamy się, czy możemy upaść jeszcze niżej.
wtorek, 26 czerwca 2007
dzisiejszy dzień mógłby się już skończyć. nie ma nawet 12, a już mamy go dosyć. dlatego dedykujemy wszystkim przebój z naszej młodości ponadto pada, jest brzydko, jak się otworzy balkon to huczy jak Adam Astor. biała się przewala po łóżku i tęsknimy za prawdziwymi głębokimi uczuciami. śpiewamy sobie na przykład toola i inne przygnębiające piosenki, ale jakoś nie możemy się w nie wczuć za bardzo (wyj. biała po egzaminie przez pół godziny odczuła smutek tool, a ja kiedyś crosses) brakuje nam tej melancholii. żeby na przykład jak wyjedziemy ktoś śpiewał bee geesów i za nami tęsknił (wersja feist może lepsza, ale nie mamy wersji karaoke) próbujemy ułożyć sobie soundtrack do życia, ale wszystko to trochę bez przekonania. ostatnio tylko sny nam dostarczają silniejszych emocji, przynajmniej mi, ale biała też twierdzi, że trochę tak ma, w końcu ostatnio się obudziła nie z tą osobą, z którą się spodziewała. do mnie miał przyjechać anagram bohatera meniny i mosy układać sobie ze mną życie, ale jakoś nam nic z tego nie wyszło. jest na przykład taki wielki hit śpiewamy go na imprezach i każdy samodzielnie w domu i w parach, ja czasami na ostatnim piętrze wieżowców. ale to jednak by było przesadą stwierdzić, że faktycznie się tak czuję. ale to nie jest tak, że nie jesteśmy wrażliwe. biała czasem popłakuje z błahych powodów (zwykle kiedy coś jej się skojarzy z czymś, co przeczytała w dzieciństwie) i mi też bywa smutno. najbardziej nas przerażają idee. w dodatku lubię robić z siebie kreację literacką i biała mówi, że skończę jak oriana mitologizując swoje własne życie. Macie i się ukulturalnijcie Pablo Neruda20 poemas de amor y una canción desesperada
Poema 20Puedo escribir los versos más tristes esta noche.Escribir, por ejemplo: «La noche está estrellada, y tiritan, azules, los astros, a lo lejos.» El viento de la noche gira en el cielo y canta. Puedo escribir los versos más tristes esta noche. Yo la quise, y a veces ella también me quiso. En las noches como ésta la tuve entre mis brazos. La besé tantas veces bajo el cielo infinito. Ella me quiso, a veces yo también la quería. Cómo no haber amado sus grandes ojos fijos. Puedo escribir los versos más tristes esta noche. Pensar que no la tengo. Sentir que la he perdido. Oír la noche inmensa, más inmensa sin ella. Y el verso cae al alma como al pasto el rocío. Qué importa que mi amor no pudiera guardarla. La noche está estrellada y ella no está conmigo. Eso es todo. A lo lejos alguien canta. A lo lejos. Mi alma no se contenta con haberla perdido. Como para acercarla mi mirada la busca. Mi corazón la busca, y ella no está conmigo. La misma noche que hace blanquear los mismos árboles. Nosotros, los de entonces, ya no somos los mismos. Ya no la quiero, es cierto, pero cuánto la quise. Mi voz buscaba el viento para tocar su oído. De otro. Será de otro. Como antes de mis besos. Su voz, su cuerpo claro. Sus ojos infinitos. Ya no la quiero, es cierto, pero tal vez la quiero. Es tan corto el amor, y es tan largo el olvido. Porque en noches como ésta la tuve entre mis brazos, Mi alma no se contenta con haberla perdido. Aunque éste sea el último dolor que ella me causa, y éstos sean los últimos versos que yo le escribo. taki smętny wpis dzisiaj z okazji dnia żaby.
wtorek, 19 czerwca 2007
jest taki komiks, który sobie drukowałam i przyklejałam co ważniejsze obrazki na szafce w liceum. i takie hasło, które zawsze mi chodzi po głowie, chociaż już dawno zapomniałam, jak dokładnie wyglądał obrazek. nie mów ok. powiedz "o kurwa". zareaguj.(kliknij tutaj, jeśli nie wiesz, o czym mówię) i często to sobie przypominam w różnych sytuacjach i mam ochotę powtarzać i mam nadzieję, że inni znają kontekst, bo najfajniejsze są rozmowy intertekstualne. więc tym razem kierujemy to do ciebie, czytelniku - zareaguj! komentować nas, do cholery!
nie ma nic lepszego jak spędzenie połowy dnia w centrum handlowym, szczególnie jeśli akurat trwa sesja. que opinas, basia? :) no to właśnie tak postąpiłyśmy, wpadłyśmy w dziki szł zakupów i biała uznała, że została prawdziwym zakupoholikiem (biała:h czy ch? czarna: samo h. biała: no tak, bo to z greki) ale było fajnie. nikt nie kupił tego, co potrzebował, ale wszyscy kupili fajnie i dużo. a oto rezultaty: i do tego są jeszcze japonki, ale bateria się skończyła w aparacie, ponieważ robiłam wcześniej zdjęcia innej ważnej rzeczy... otóż. njusłik robi dodatki o miastach i teraz była perła tagu. biała mówi: ktoś tak pokochał Lizbonę jak ja. całym serduszkiem. a mi popłynęły łzy z oczu, jak zrozumiałam po tylu latach, że "cośtam" w tłe jednego z miradourów, to nie cośtam, a słynny holywoodzki aktor Adam Astor! teraz się nie dziwię, dlaczego to takie popularne miejsce. w końcu gdzie znaleźć lepszą imprezę?
niedziela, 17 czerwca 2007
poszłyśmy na kolumbijską larę croft. miała nas zachwycić nieprzeciętnie wielkim biustem, ale okazało się, że jest po prostu ok, a w dodatku artificial. ale film nas zachwycił i tak. były dodatkowe atrakcje, bo siedzenie się zarwało, a zaraz potem zerwał się film i kilka ujęć uległo spaleniu na naszych oczach. no i już wiem, jak się będę teraz czesać. byłyśmy też na "złej godzinie" i trzeba przyznać, że nie była taka zła. obsesyjnie-opresyjna z elementami groteski. trzecia strzała czasu została wystrzelona, a my wytoczyliśmy się z kina wymęczeni. biała mówi, że byłoby cudownie, gdyby to zrealizował greenaway. potwierdzam, byłoby fajnie. ale i tak jestem raczej za. jeśli jeszcze chodzi o nowości, to siostra kat postanowiła zostać operatorem koparki. opowiedziała nam też historię makabrycznego kruka, który śledzi doggiego i żabę. prawda, że brzmi jak początek niezłej powieści? w dodatku prowadzimy życie coraz bardziej murakami-style. piwo i makaron. sporo wolnego czasu. do tego connections that almost connected, but didn't. chociaż to obecnie akurat moja działka. ora woli mówić o testowaniu hipotez ze statystyki i na poparcie ma jakieś opowiadanie o tym, dlaczego bohater A i bohaterka B nie mogą być razem. kończy się więzieniem. paweł mówił o orze: pierdolę to, zabiłbym ją i poszedł do więzienia, ale pierdolić, i tak bym ją zabił. różne bywają powody wtrącenia do aresztu. ponieważ chodzimy codziennie do parku (obserować ufo, gruby brzuch kosiarza, opalać się) potrzebujemy jakichś przerywników od nauki. kupiłam sobie zatem "spokojnie to tylko hiszpania" czyli jak przeżyć szok kulturowy i dowiedziałam się, że nie da się z tego wyjść cało, a biała kupiła sobie cosmo, żeby poznać tajniki 'magicznego seksu'. okazało się, że jest w zasadzie drugim wydaniem 'dzikiego seksu' (dodatku, który żywo dyskutowaliśmy w ubiegłe wakacje, na plaży w gdyni) aktualizowane i poprawione, ale jednak kulki gejszy i aquasutra się powtarzają. z nowości wartych uwagi - lodowa dziewica. brzmi nieźle, nie? za to jest cosmiczny horoskop, który nam dużo radości sprawił. nam powiedział: zrzuć parę kilo. zapuściłaś się ostatnio i jesz zbyt dużo słodyczy? ostatni dzwonek przed wakacjami, by się opamiętać. jesteś singielką? puść w niepamięć niestosowne zachowanie kochanka i rzuć mu się w ramiona. byłam pod wrażeniem. mateuszowi zapowiedział, że niespodziewanie odkryje niemiły fakt z jej przyszłości, kazał kupić coś, na co go nigdy nie było stać i zrezygnować z windy. co nam przyniesie nowy dzień?
sobota, 02 czerwca 2007
świadczymy znowu usługi noclegowe. tym razem mojej rodzinie, która przyjechała na placebo. dzisiaj był dzień dziecka, więc leszek przyszedł z truskawkami, żeby mu kupić bilet na zieloną wyspę.na razie tylko w jedną stronę. i z tej okazji kupiłyśmy sobie prezenty - bilety na koncert. i nagłośnienie było fatalne, ale było cudownie. ladies & gentleman, i pojawili się bardzo eleganccy i zaczęli od tego, że forget your running, I will fuck you. ladies & gent. i jak zobaczyli flagi polskie z napisami: "welcome home" to się wzruszyli i dziękowali i grali absolutnie wspaniale. i oczywiście też running up that hill było. bo to ogólnie kolejna banda da nossa infancia, czyli jak byłam w rzymie i było mi smutno i chciałam sobie ciebie przypomnieć, to słuchałam placebo. i pisaliśmy sobie smsy z leszkiem cytując kolejne piosenki, żeby protect me from what i want, i że prawdziwy bitter end nas czeka i co tam jeszcze przychodziło do głowy. i bardzo emocjonalnie się związaliśmy z tym zespołem. chcieliśmy jechać do wawy na koncert, jak byli poprzednim razem, ale to wtedy było takie odległe i nie mieliśmy pieniędzy, więc słuchaliśmy ich w domu i wielkim zaskoczeniem było na open'erze, że brian ma naprawdę taki głos i że są wspaniali. bo przecież tak nam się podobał, taką miał ładną buzię, ale jak wyszedł i przywitał wszystkich good evening ladies and gentleman, to nam było dopiero miło. i nie wiem jak biała, ale ja sobie myślałam o liceum, bo takie suicidalne grupy to jednak zawsze się z liceum kojarzą. i że byliśmy słodziutką trójką, szczególnie, że przywiozłam z domu płyty z empe3, których wtedy słuchaliśmy i tworzyliśmy składanki na osiemnastki, przy których tylko my się bawiliśmy, ze szczególnym uwzględnieniem mnie i leszka, bo chociaż słodkie chwile to biała miała z lesem częściej, to ta sama dzielnica i ilość wspólnie zjedzonych posiłków czyniła mnie jednak mentalnie jemu bliższą. chociaż to nas podejrzewano o jakieś romanse, bo w końcu coś między nami musiało być, skoro tyle czasu razem i sobie towarzyszyliśmy na studniówce, kiedy mi wkładał zamrożoną butelkę wódki pod spódnicę i drętwiały mi od niej uda. i spędziliśmy noc przytuleni na moim małym łóżeczku, kiedy wszyscy inni chłopcy zostali położeni w drugim pokoju. wielkie to wzbudziło emocje w kolegach i koniecznie chcieli wiedzieć, jak nam było. a teraz się pozmieniało i les nam wysłał w kwietniu pocztówkę z tatr z krokusami, że tym razem już nie szukał na halach juhasów, bo zabrał jednego ze sobą i nawet nie udało im się za dużo zwiedzić. ale zdjęcia przywiózł i nawet kompozycja niektórych identyczna: na przykład słynna fotografia łóżkowa z białą jest identyczna, tylko, że z kim innym :) teraz my wyjedziemy, a on nie wiadomo czy wróci. więc po co tu się dopytywać o to, czy wierzymy w związki na odległość i inne takie nieistotne nowe znajomości, jeśli tak naprawdę, to się liczy wspólne przebywanie i to, że jak przychodzi do domu, to nie jak gość, ale bierze sobie durszlak i płucze truskawki, robi sobie drina i opowiada o urozmaicaniu sobie życia seksualnego, a biała siedzi na blacie jakaś taka niemrawa i ciągle porównuje, czy inni przypadkiem nie mają od niej lepiej. i jeśli czegoś mi będzie brakować, to właśnie tego.
poniedziałek, 28 maja 2007
a wczoraj na balkonie mieliśmy fiestę. ustawiliśmy krzesełka przodem do bloku z naprzeciwka, puściliśmy przeboje licealne i piliśmy malibu z mlekiem. wciąż mi tylko brakuje palmy na balkonie.
środa, 16 maja 2007
marnować dni. tańczyć przed odsłoniętym oknem balkonowym reggaeton i zobaczyć, że dziecko z przeciwka nas obserwuje :)
poniedziałek, 07 maja 2007
|