z powodu problemow z dodawaniem wpisow, oto zalegle:
spotkałyśmy naszego czytelnika, który zarzucił nam, że
porzuciłyśmy pisanie bloga i usunie nas z ulubionych. to było 2 tygodnie temu,
a my nadal milczymy, bo jesteśmy w ferworze przygotowań pożegnań i pakowań. już
za 2 dni czarny w Lizbonie, a biały za 10 w Romie! prasujemy rzeczy, pakujemy
walizki i rozmarzamy się, jak będzie cudownie. biała wyobraża sobie
najchętniej, jak zamieszka z portugalami i jak będzie z nimi rozmawiać cytując
fragmenty wyuczone na pamięć z 'sem fronteiras'. na początku zamieszka na
rzymskim bruku, ale na pierwsze 3 dni ma na szczęście hostel - superdrogi, ale
w cenie jest makaron, więc będzie codziennie wyczekiwać o 7 pod recepcją.
i jeszcze będzie super - mówi ora- wszyscy się za nami będą oglądać, będziemy
największą atrakcją.
ponieważ makaron jest tuczący, to zapisuje się na afro-gyma na wf i będzie
szukać szkoły reggaetonu.
niestety w portugalii też są kaloryczne śniadania (pastel i ucal), ale jakoś
tam z wfem ciężko, dlatego zostanę surferem. specjalnie z myślą o mnie
organizują Erasmus Integration Surf Trip!!! Ze powiedział, że do końca
listopada będziemy chodzić w sandałach, dlatego już w pierwszym tygodniu jadę z
wizytą na plażę, a w październiku lecę do Rzymu, na granitkę i tiramisku. i
koloseum i może później do Napoli-i-ii...i przygotować się na sylwestrową
imprezę, bo SYLWESTRA W TYM ROKU SPęDZAMY W RZYMIE! dlatego wszyscy już
kupujcie sobie bilety. (norwegian jest tani)
i bardzo nas też cieszy perspektywa zawierania nowych pasjonujących znajomości
i sympatii. dlatego przygotowujemy się na wyjazd i robimy zakupy.
na tym zdjęciu ekspedientka ora prezentuje 30 modeli, które uznałyśmy za
warte przymierzenia:
kochamy galerię centrum, ale panie ekspedientki nas raczej nie, chociaż kupiłam
10% z przymierzanych rzeczy.
miałyśmy superintensywne dwa dni w warszawie, mieście or.
już o 5 rano załadowałyśmy się do autobusu, pojechałyśmy załatwiać orcze sprawy
i podpisywać umowy. niestety biurokracja jest straszna i do 13 byłyśmy uwięzione
w różnych kolejkach, a ora głównie na korytarzu. na szczęście była przerwa na
schwycenie latte i pączka (dzięki czemu spóźniłyśmy się strasznie). potem
odwiedziłyśmy olę w jej nowej kawiarni, gdzie grałyśmy w różne gry
strategiczno-intelektualne.
później był romantyczny obiad pożegnalny, gdzie spożyłyśmy orientalne specjały
(najadłyśmy się głównie trawy cytrynowej)
aż w końcu było spotkanie grillowe, super fajne zresztą, szczególnie, że
grillowaliśmy w salonie przed kominkiem na grillu elektrycznym, robiliśmy
szaszłyki i kiełbaski i cukinię. i widzieliśmy najbardziej idiotyczny program o
kaskaderze mike'u, który skakał nad rozjuszoną gorillą na bmxie. ciężko to
wyjaśnić, ale jak jesteśmy u kornela to zawsze się pojawiają same z siebie
najidiotyczniejsze programy, takie jak 'nie do wiary' o maszynach do pisania
albo boa vs. pyton.
wyciągaliśmy też od ze informacje o nowej dziewczynie, której podobno nie ma,
ale trudno wierzyć lektorowi, który jest przebrany w ubrania kornela z
podstawówki. dla zainteresowanych - po zalogowaniu się można oglądać
nieocenzurowane zdjęcia na stronie: www.lektorzy-xxx.com
kasi było zimno w nocy, więc dostała fantastyczne kalesony do spania, a ja
zachwycałam się wanną, która jest monstrualnie-monumentalna i skłania do rozważań
ile by do niej weszło osób.
śniadanie zjedliśmy też bardzo stajlisz, bo w subwayu w centrum handlowym.
żeby nie było, że jesteśmy takie wielkomiejskie, to dodamy też, że byłyśmy na
prawdziwiej Wyprawie Extreme, jeździłyśmy w kaskach żółwi, niektórzy nawet w
fulfejsie, a jednego zabrał przystojny ratownik gopru, który wprawdzie nie
spuścił się na linie z helikoptera, ani nie pojawił się na kładzie, ale
przyjechał samochodem terenowym. żeby nie było tak źle, to pierwszego dnia,
przeczuwając tragedie, które nas spotkają, zaczęłyśmy wycieczkę od wizyty w
cukierni. póżniej zakwaterowałyśmy sie w schronisku w wisle - czarnym, w ktorym
jak sie okazalo spedzilismy 5 z 6 nocy naszej wyprawy. niestety wbrew
autorytanemu poczatkowo planowi kuby, ktory pierwszego dnia krzyczal na biala,
ze kluczem do niemeczenia sie jest rownomierne pedalowanie, udalo nam sie
spedzic 5 dni w wisle jezdzac po okolicy (a wlasciwie pchajac godzinami rower
pod gore, czemu zawdzieczamy nasze super bicepsy), a wieczorem zajezdzajac na
tradycyjna kolacje w koloratce (maja najwiejsza pizze w najlepszej cenie).
niestety pewnego dnia po naszym powrocie z trasy skonczyly sie dozynki i nie
bylo juz gofrow. i nie zalapalismy sie tez na darmowy kurs tanca country, ale
przeprawa przez dżaz, hranolky na czantorii i inne takie wynagrodziły nam
codzienny uphill (uphill ssie!). i zwiedziliśmy bielko-białą, a właściwie
bielsko, gdzie jest jedyny w polsce pomnik lutra i prawdziwe wiking-burgery, z
których zrobiliśmy bar mtb (bo wraz z nami wbili się tam dwaj inni downhilowcy
i ich rowery - w sumie 6 na powierzchni 4m2)
naprawdę balansowaliśmy na granicy, jak powiedział pewien
górski alkoholik, na granicy miłości.
po powrocie kasia sprawdziła na wikipedii wszystko o
kolarstwie górskim i okazało się, że uprawialiśmy 4 z 4 wymienionych typów: XC
(cross country) to była podstawa, poza tym off-road (agresywny), DH (downhill)
i 4X czyli zjeżdżanie we czwórkę z Klimczoka i alpejskiej łąki. a raz byliśmy
tak agresywni, że nawet jedno z nas zjeżdżało na rowerze bez siodełka (to też
podobno jest jakaś dyscyplina).
przedtem byłyśmy jak intelektualiści na festiwalu filmowym i
poznałyśmy pocahontas, który zamieszkał z nami w pokoju i zagubił się na
scoopie, a my tak się śmiałyśmy, że nawet nie zauważyłyśmy kiedy. i byłyśmy też
na spływie.