Blog > Komentarze do wpisu
świadczymy znowu usługi noclegowe. tym razem mojej rodzinie, która przyjechała na placebo.

dzisiaj był dzień dziecka, więc leszek przyszedł z truskawkami, żeby mu kupić bilet na zieloną wyspę.na razie tylko w jedną stronę.
i z tej okazji kupiłyśmy sobie prezenty - bilety na koncert. i nagłośnienie było fatalne, ale było cudownie. ladies & gentleman, i pojawili się bardzo eleganccy i zaczęli od tego, że forget your running, I will fuck you. ladies & gent. i jak zobaczyli flagi polskie z napisami: "welcome home" to się wzruszyli i dziękowali i grali absolutnie wspaniale. i oczywiście też running up that hill było.
bo to ogólnie kolejna banda da nossa infancia, czyli jak byłam w rzymie i było mi smutno i chciałam sobie ciebie przypomnieć, to słuchałam placebo. i pisaliśmy sobie smsy z leszkiem cytując kolejne piosenki, żeby protect me from what i want, i że prawdziwy bitter end nas czeka i co tam jeszcze przychodziło do głowy.
i bardzo emocjonalnie się związaliśmy z tym zespołem. chcieliśmy jechać do wawy na koncert, jak byli poprzednim razem, ale to wtedy było takie odległe i nie mieliśmy pieniędzy, więc słuchaliśmy ich w domu i wielkim zaskoczeniem było na open'erze, że brian ma naprawdę taki głos i że są wspaniali. bo przecież tak nam się podobał, taką miał ładną buzię, ale jak wyszedł i przywitał wszystkich good evening ladies and gentleman, to nam było dopiero miło.

i nie wiem jak biała, ale ja sobie myślałam o liceum, bo takie suicidalne grupy to jednak zawsze się z liceum kojarzą. i że byliśmy słodziutką trójką, szczególnie, że przywiozłam z domu płyty z empe3, których wtedy słuchaliśmy i tworzyliśmy składanki na osiemnastki, przy których tylko my się bawiliśmy, ze szczególnym uwzględnieniem mnie i leszka, bo chociaż słodkie chwile to biała miała z lesem częściej, to ta sama dzielnica i ilość wspólnie zjedzonych posiłków czyniła mnie jednak mentalnie jemu bliższą. chociaż to nas podejrzewano o jakieś romanse, bo w końcu coś między nami musiało być, skoro tyle czasu razem i sobie towarzyszyliśmy na studniówce, kiedy mi wkładał zamrożoną butelkę wódki pod spódnicę i drętwiały mi od niej uda. i spędziliśmy noc przytuleni na moim małym łóżeczku, kiedy wszyscy inni chłopcy zostali położeni w drugim pokoju. wielkie to wzbudziło emocje w kolegach i koniecznie chcieli wiedzieć, jak nam było.
a teraz się pozmieniało i les nam wysłał w kwietniu pocztówkę z tatr z krokusami, że tym razem już nie szukał na halach juhasów, bo zabrał jednego ze sobą i nawet nie udało im się za dużo zwiedzić. ale zdjęcia przywiózł i nawet kompozycja niektórych identyczna: na przykład słynna fotografia łóżkowa z białą jest identyczna, tylko, że z kim innym :)

teraz my wyjedziemy, a on nie wiadomo czy wróci. więc po co tu się dopytywać o to, czy wierzymy w związki na odległość i inne takie nieistotne nowe znajomości, jeśli tak naprawdę, to się liczy wspólne przebywanie i to, że jak przychodzi do domu, to nie jak gość, ale bierze sobie durszlak i płucze truskawki, robi sobie drina i opowiada o urozmaicaniu sobie życia seksualnego, a biała siedzi na blacie jakaś taka niemrawa i ciągle porównuje, czy inni przypadkiem nie mają od niej lepiej. i jeśli czegoś mi będzie brakować, to właśnie tego.
sobota, 02 czerwca 2007, mamlakat